#kobieta, #dzieci, #zabawa, #testy, #recenzje, #opinie, #przepisy, #diy, #fotografia, #blogmam, #blogującamama, #instamama, #testyirecenzje, #rzetelneopinie, #women, #kids, #formam #forkids, #dladzieci, #dlamam, #blogparentingowy, #bloglifestyle, #lifestyle, #parenting, #mama, #matka,
Uncategorized

Lęk przed stratą.

Dokładnie kilka dni temu minął rok, rok temu pierwszy raz z silnym krwawieniem trafiłam do szpitala, początek ciąży, i strach jakiego nigdy nie czułam…nie licząc tego kilkanaście lat wstecz ale to inna historia.

Ciąża do jakiegoś 10 tygodnia przebiegała wzorcowo, potem już średnie wynik i badań, potem gorsze i gorsze, zlepek witamin poganiał kolejny zlepek witamin. Tego dnia wracałam z dziećmi se świątecznych ostatnich zakupów, miałam kończyć pichcenie bigosu. W lodówce stało zarobione na świąteczne pierniki ciasto, a dom był w lekkiej rozsypce, lekkiej bo po remoncie zdążyliśmy co nie co ogarnąć. Wchodząc po schodach, będąc już na ostatnim piętrze poczułam coś czego żadna z nas nie chce czuć będąc w ciąży, gorąco spływające po udach. Przerażenie w oczach, zaparło dech, zamarłam na chwilę, otworzyłam drzwi do domu, kazałam się dzieciom rozebrać i wparowałam do łazienki z przerażeniem, szukając podkładów, podpasek, umyłam się, spakowałam co nie co  i w międzyczasie zadzwoniłam do teściów, by zostali z dziećmi, bo tego dnia mąż pracował po południu, dodzwonić się do niego w niej nie można gdyż nie może przy sobie mieć telefonu. Jestem niezmiernie wdzięczna, nawet nie wiem jak to wyrazić, jak wyrazić siłę wdzięczności że oni byli wtedy przy mnie.

Nie wiedziałam jak powiedzieć dzieciom że dzieje się coś niedobrego i że muszę jechać do szpitala, zaczęłam płakać i samo to ze mnie wyszło, usiadły obok i też płakały, bały się o mnie, choć może do końca nie wiedziały z czym to się wiąże. Teść zawiózł mnie na pogotowie. Odesłano nas prosto na oddział, w ciągu 10 minut dotarł lekarz a dla mnie  to 10 minut trwało jak co najmniej 10 godzin. Zaczęłam obgryzać paznokcie czego z dawna nie robiłam, łzy same cisły się do oczu, teść spokojnie patrzył na mnie i nic nie mówił, wiedział że w sumie nic mnie nie pocieszy. Starałam się nie myśleć o najgorszym. Ale po ostatniej ciąży, po ostatnim felernym porodzie  miałam ku temu powody. Siadając na fotelu ginekologicznym byłam w takim szoku, byłam tak spięta, że nie mogłam się rozluźnić bo jak? Badanie minęło, potem USG, i ta ulga gdy usłyszałam  to upragnione puk, puk, puk puk. I słowa lekarza który stwierdził że jest oki, że z dzieckiem jest w porządku, że może być to wynik przemęczenia, przeciążenia organizmu. Dostałam leki i zostałam na oddziale. Odetchnęłam z ulgą. W między czasie urywały się telefony od męża który już wiedział, od chrzestnej która w 15 minut pojawiła się na oddziale. Nie byłam sama. Jak dobrze  w takich chwilach mieć przy sobie bliskich. Myślałam że to był pierwszy i ostatni taki przypadek. Kazano mi jak najwięcej leżeć, odpoczywać, oszczędzać się. I tak robiłam, jednak w niedługim czasie znów trafiłam na oddział, z tym samym, znów silne krwawienie. Kolejne badania, kolejne leki na podtrzymanie, które brać musiałam już do końca. Coraz to nowsze teorie lekarzy na temat tego co się tak naprawdę dzieje. Dlaczego, skąd, i znów ten lęk, strach wszechogarniający. Takich wizyt na oddziale w moim mieście było kilka, nowe teorie, jak mi pomóc jednak sami nic z tym nie robili, zalecali, leżenie plackiem. Pesar który miał pomóc w utrzymaniu ciąży gdyż winili za to budowę mojej szyjki, jej stan po poprzednim porodzie. Potem jednak okazało się że u mnie niestety i tak to nic nie da…ani szwy, ani pesar, gdyż mogłoby to jeszcze bardziej zaszkodzić, pozostało tylko oszczędzać się, a dokładniej rzecz ujmując leżeć plackiem.Zdałam sobie sprawę że lekarz który tam przyjmował, skojarzył mój przypadek, poród Liliany i jego konsekwencje, komplikacje. Szkoda że nikt nie chce tego dać na piśmie, tylko do ucha mówili że to wina spartaczonego porodu.

Tą historię już znacie. to uczucie, lęk przed stratą tej maleńkiej istotki jest straszny, jest tak bolesny że wręcz nie do opisania. Najgorszemu wrogowi nie życzę. Podczas każdej wizyty i lekarza badanie kończyło się tak samo – krwawienie i na oddział. torba czekała non stop spakowana by nie trzeba było nic szukać w ostatniej chwili. Patrzyłam na tych oddziałach na kobiety które przeżywały to samo, które do porodu miały bliżej, inne dalej, i wiem że czuły to co ja. Pisałam już Wam jak doszłam do tego że w takich chwilach każda z nas jest egoistką, w chwili gdy na salę trafia dziewczyna po poronieniu, a ty w tym samym momencie współczujesz jej i zarazem cieszysz się że to nie ty. Że to nie Ciebie spotkało.Przeżyłam, napatrzyłam się na takie historie kilka razy, zupełnie obcych mi kobiet jak i nawet koleżanki ;/  Za każdym razem gdy wracałam do domu z oddziału nie pozbywałam się lęku. Ten strach cały czas był, chyba nawet coraz silniejszy. Nieoceniona pomoc rodziny, teściów w opiece na dziećmi, by zaprowadzać dzieci do przedszkola które jest 5 minut drogi od nas jechali 8 km czasem dwa razy dziennie byle bym ja nie musiała chodzić, bylebym nie musiała schodzić i wchodzić po schodach. Niestety te wysiłki na nic się zdały. Gdy trafiłam do innego szpitala trafiłam na dobrych specjalistów, na fantastyczną opiekę, zupełnie jak w moim mieście, choć czułam się tu bezpieczniej. Pod swoje skrzydła wzięła mnie Pani doktor która odbierała poród Liliany, to w sumie dzięki niej, Lili i ja żyjemy, gdyby wtedy nie zjawiła się jako lekarz posiłkowy, nie wiem jak by się to skoczyło. Wiem to, czułam że mnie pamięta. Dbała o mnie tak jakbym była jej pacjentką, bardziej niż lekarz który prowadził mi ciąże, lekarz również z tego szpitala. Nie zarzucając mu wiedzy i tego że faktyczne specjalistą był i jest i to dobrym. Jednak, to jej empatia sprawiała że czułam się tam bezpieczniej. Empatia Ordynatora który potrafił zapoznać się z historią moich porodów i potrafił podjąć właściwą decyzję, że u nich w moim przypadku tylko CC, byle bym dotrwała do 36 tygodnia i będziemy umawiać się na CC. Jednak w 32 tygodniu dostałam lek na podtrzymanie skurczów, które z każdym pobytem wychodziły silniejsze i silniejsze mimo iż ja ich nie czułam to KTG szalało, a lekarza niemal codziennie chcieli brać mnie na stół. Tak dorwaliśmy do 34 tygodnia, po powrocie do domu na majówkę byłam w domu zaledwie tydzień, po czym mimo oszczędzania się w dalszym ciągu, przyjmowania progesteronu w dwóch postaciach i otrzymanego leku, wody odpłynęły. W drodze do szpitala marzyłam by trafić na dyżur Pani K, lub mojego lekarza. Trafiłam na oddział, i zobaczyłam niezbyt lubianego lekarza, który niestety nie cieszył się dobrą opinią, sama uważałam go za gbura po kilku jego obchodach. I światełko w tunelu gdy ujrzałam swojego lekarza, który wiedział co ma dalej ze mną robić. Badanie, potwierdzające usg. i zalecenie CC. Obaj spisali się na medal. Na sali operacyjnej byli fachowcami jakich mało, podtrzymywali na duchu. Lekarz nie zrobił mi kolejnej blizny, mam w tym samym miejscu dwie, gdyby nie wiedza, że to dwa CC, to tego nie widać. Słyszałam ich każde słowo. To jak mówili, i niechcący potwierdzali to co sama wiedziałam, mała miednica, endometrioza, wszystko to skutkowało miednicowymi ułożeniami płodu. że to cud że Liliana była dobrze ułożona do porodu – po czym padło, że może wcale nie była i dlatego poród był taki ciężki. Już wcześniej mój lekarz potwierdził jak partacko zostałam pozszywana po porodzie, że to tego wina iż szyjka nie mogła utrzymać ciąży. eh… I nagle słyszę krzyk, krzyk Nikosia, pozwolono mi dać mu buziaka i  u nagle lęk, strach miną, wrócił na sali pooperacyjnej,gdy nie miałam wieści na temat dziecka. Po 8 godzinach, gdy mogłam przejść na normalna salę mogłam go zobaczyć, ujrzałam małego szkraba z rurką w buzi, w inkubatorze. Teraz był już inny strach, strach o to by był zdrowy, by zaczął jeść, by przybierał na wadze. P dwóch tygodniach wyszliśmy do domu, po dwóch tygodniach walki o każdy mililitr mojego mleka i tego by on chciał jeść sam, a nie przez sondę. Teraz gdy ma 7 miesięcy boję się jedynie o to by był zdrowy.

Tamtego lęku, strachu przed tym iż mogłabym go stracić nie zapomnę nigdy, i nikomu tego nie życzę, najgorszemu wrogowi nie życzę. Ten strach towarzyszył każdego dnia, w każdej godzinie i minucie. Każdy skurcz przyprawiał o dreszcze. Do tego jeszcze infekcja przy której dychałam jak stary palacz, kaszel męczył mnie tak bardzo że bolał mnie brzuch, a tych skurczy wierzcie mi nie potrzebowałam, jeszcze większy lęk i strach, na szczęście, z ryzykiem piłam syrop PINI, którego niby też nie zalecają ale wolałam to niż antybiotyk. A ten już brałam zaraz na początku ciąży przy silnym zapaleniu krtani. To był taki strach przez który bałam się kichnąć, bałam się wstać nawet do toalety. Nieustający strach o każdy dzień życia tego małego człowieczka.

Taki apel, kilka słów do kobietek które oczekują maluszka, jeśli jest coś co Was niepokoi, za częste skurcze, dziwne bóle, upławy, zawroty, silne osłabienie, opuchlizny, mówcie krzyczcie do lekarzy oni mają obowiązek to zbadać, i interweniować. Nie bójcie się o tym krzyczeć. Jeśli traficie na konkretnego lekarza który o was dba, trzymajcie się go, nie narzekajcie na stertę badań no chyba że na ich brak. Nie narzekajcie gdy każe łykać witaminy, proszki które według Was są zbędne, widać nie są. Oby jak najmniej z nas zmagało się ze stratą i takim lękiem jak ja zmagałam się przez 7 miesięcy.

 

%d bloggers like this: